Po nowatorskim wstępie do aklimatyzacji, zaplanowaliśmy wyjście na Tetnuldi. Pierwotnie plan miał zawierać wyjście którąś z rzadko chodzonych dróg wspinaczkowych na szczyt, ale z powodu braku aklimatyzacji, oraz mojego (Oli) marudzenia, odpuściliśmy i skierowaliśmy się ku drodze normalnej. Pierwszy raz miałam przekroczyć barierę czterech tysięcy metrów, i to o dość sporo, bo Tetnuldi wznosi się na wysokość 4858 m.n.p.m.. Warto przetestować jak organizm radzi sobie z taką wysokością.

Z aklimatyzacyjnego auto-domu wyruszyliśmy oczywiście, jak zawsze, za późno – przed wyjściem musieliśmy się wyspać, zjeść śniadanie, spakować, ukryć wszystko co ważne, przed swańskimi pasterzo-złodziejami... Wszystkie te bardzo ważne rzeczy zajmują nam zawsze zbyt dużą część poranka. W końcu udało się, wyruszyliśmy! Początkowo spacer w stronę Tetnuldi wiedzie zielonymi łąkami, pod grzbietami wyższych gór, w dole widać głębokie, trawiaste doliny. Krowy, które włóczą się tutaj korzystając ze swojej gruzińskiej pół-wolności, muszą być bardzo zadowolone z życia... Na tych pastwiskach rozbija się pierwszy obóz, jeśli podchodzi się z wiosek w głębi dolin. My przechodzimy przez dwa trawiaste grzbiety, a przed nami, na granicy widoczności w tę samą stronę kieruje się grupka 6 osób. Nie będziemy sami.

Zielone łąki Kaukazu i Paweł
Zielone łąki Kaukazu i Paweł

Zgodnie z ukraińskim opisem przejścia, kierujemy się w stronę przełęczy Kent, przez którą mamy dostać się na grań i lodowiec prowadzący do obozu. Ale zaraz, grupka przed nami wchodzi we wcześniejszy żleb – hmm, kuszące, idąc tam nie trzeba by było wdrapywać się na kolejny morenowy grzbiet, który przecina naszą drogę. Szkoda tylko, że mgła jest tak gęsta, że mamy problemy z oceną czy ta bliższa przełęcz nas "puści". Po długich rozmyślaniach i analizach sowieckiej mapy, a także nie stwierdzając odwrotu naszych poprzedników – wbijamy się.

Wyjście na przełęcz nie jest zbyt przyjemne. Luźne, sypiące się kamienie uciekają spod stóp, a podejście jest dość strome. Mimo wszystko przełęcz "puszcza" bez problemu, choć stwierdzamy, że powrót tędy będzie jeszcze mniej przyjemny i planujemy wrócić pierwotną wersją trasy. O my niemądrzy!

Podejście pod zamgloną przełęcz
Podejście pod zamgloną przełęcz

Na szczycie przełęczy (koordynaty 43,0286620 42,9504450) od razu zaczyna się lodowiec. Szczęśliwie, bo podobno przy przedniej wizycie Pawła na tej górze weszli w grań zbyt wcześnie i musieli pokonywać graniowe trudności. Teraz od razu wskakujemy na śnieżne pola i kroczymy śladami naszych poprzedników. Niestety pola te pną się do góry, a wysokość zaczyna już być odczuwalna. Cóż, nie będziemy demonami szybkości, ale te półtora kilometra do obozu dojdziemy.

W końcu wychodzimy na wzniesienie przed biwakiem (położenie biwaku: 43,0243150 42,9679070). Tego się nie spodziewaliśmy – oprócz namiotów naszych poprzedników widzianych po drodze, stoi tu jeszcze z pięć innych. Niezły tłum. Cóż, przynajmniej przedeptają nam drogę na szczyt. Wybieramy jedną z wolnych platform pod namiot, rozbijamy się, jemy i szykujemy do spania. Przyszliśmy późno, więc decydujemy się "pospać", żeby pomóc naszej nieistniejącej jeszcze aklimatyzacji – wstaniemy dopiero o trzeciej, więc większość pozostałych na pewno wyjdzie przed nami.

O poranku (a dokładniej w środku nocy) zjadamy owsiankę ze słoniną, pijemy mnóstwo herbaty, pakujemy plecaki i wyruszamy w drogę. Przewidywania się sprawdzają – jesteśmy ostatni. Dość szybko doganiamy grupę dziewięciu Ukraińców prowadzonych przez przewodnika, wyprzedzamy najwolniejszą dwójkę, ale z pozostałymi zostajemy już prawie do szczytu. Wygląda na to, że trafiło się nam jedyne okno pogodowe w ostatnim czasie - prawie nie ma chmur, widoczność jest bardzo dobra, na pewno będą śliczne widoki. Będzie też wiatr i szybko rozmiękający śnieg, ale cóż, taki jest koszt ładnej pogody.

W kolejce za Ukraińcami na wypłaszczeniu lodowca
W kolejce za Ukraińcami na wypłaszczeniu lodowca

Droga normalna na Tetnuldi zaczyna się z obozu na przełęczy Nageb na wysokości ok 3700 m.n.p.m. Obóz znajduje w wygodnym miejscu, przełęcz jest szeroka, siodło płaskie, a na nim przygotowanych jest wiele płaskich platform pod namiot. Po południu da się nawet znależć płynącą wodę z wytapianego śniegu. Niestety obóz położony jest nisko względem szczytu (więcej niż 1000m przewyższenia do zrobienia w dwie strony), przez co podejście jest wymagające, zwłaszcza aklimatyzacyjnie. Droga wiedzie początkowo dość stromymi śnieżnymi polami, następnie na wypłaszczeniu należy pokonać kilka mostków śnieżnych nad szczelinami, później, znów stromymi śniegami, wyjść na wypłaszczenie lodowca pod granią. To wypłaszczenie wygląda bezpiecznie, nie ma zagrożenia lawinami ani serakami, więc możnaby się pokusić o rozbicie namiotu aż tutaj, przez co nocleg wypadłby aż na 4200 m.n.p.m. - całe 500 m czerwonych krwinek więcej! Za wypłaszczeniem zaczyna się skalno-śnieżny odcinek grani, do pokonania bez umiejętości wspinaczkowych, ale z dużą dozą ostrożności. Po wyjściu ze skalistego kawałka czeka to, czego nie lubimy najbardziej - śnieżna grań, miejscami bardzo ostra, która prowadzi nad gładką, wysoką na około 1000 m śnieżną ścianą. Trzeba cały czas zachowywać czujność, bo, jak to na grani, każde potknięcie może skończyć się tragicznie. My przechodzimy całość drogi na skróconej linie, mając między sobą ok 20 m, natomiast para Niemców która również tego dnia wychodziła na szczyt, rozwiązała się po pokonaniu odcinka skalno-śnieżnego. Myślę, że to równie rozsądne rozwiązanie.

Grań i szczyt Tetnuldi
Grań i szczyt Tetnuldi

Na szczyt docieramy ok. 10-ej dość wyczerpani. Dyszymy jak psy, brak aklimtyzacji odbija się na głębokości naszego oddechu, a do tego dochodzi silny, wychładzający wiatr. Zjadamy szybkiego batona, wypijamy po łyku herbaty, robimy trzy zdjęcia i szybko ruszamy w drogę powrotną. Mam wrażenie, że dopiero na zejściu mój organizm w pełni czuje na jakiej znalazł się wysokości, niby schodzimy coraz niżej, a ja zamiast rosnąć w tlenową siłę, czuję się coraz bardziej wyczerpana. A trzeba zachować pełne skupienie, bo wiadomo - zejście, grań, a do tego zmęczenie, nie są czynnikami sprzyjającymi bezpieczeństwu. Na szczęście wszystko idzie dobrze i po zejściu ze skalnego grzebienia robimy sobie długi odpoczynek z piknikiem na śniegu. Mi udaje się nawet uciąć turbo-drzemkę. Po odzyskaniu części sił, ruszamy w dalszą drogę do obozu. Próbujemy po drodze wypatrzyć dwóch najwolniejszych członków ukraińskiego zespołu, których minęliśmy schodząc ze szczytu, ale nie możemy ich dostrzec. Pewnie odpoczywają na grani, wyglądali na zmęczonych. Po zewspinaniu ostatniego odcinka stromego śniegu, który stał się już naprawdę nieprzyjemną breją i po krótkim spacerze docieramy do naszego namiotu. Nareszcie! Chyba produkcja dodatkowych krwinek kosztuje mój organizm wyjątkowo dużo energii.

Mur Bezengi widziany ze szczytu Tetnuldi
Mur Bezengi widziany ze szczytu Tetnuldi

W obozie rozmawiamy z ukraińską grupą, wymieniamy się informacjami o tym gdzie widzieliśmy ich towarzyszy, pożyczamy im lornetkę. Wygląda na to, że Ukraińcy wybiorą się jeszcze raz w górę żeby zorientować się gdzie się podziewają członkowie ich grupy. Nie potrzebują od nas pomocy, ale zostawiamy im numery do służb ratunkowych i policji granicznej, po czym, trzymając kciuki żeby wszystko skończyło się dobrze, idziemy jeść i spać.

Rano wita nas mgła. Widać, że trafiliśmy perfekcyjnie z terminem wyjścia na szczyt. Pomału zaczynamy się pakować, ale humory mamy nietęgie – od sąsiadów dowiadujemy się, że wieczorem nic na grani nie zobaczyli, a ich towarzysze nie dotarli na noc więc powiadomili służby ratunkowe. Gruziński МЧС (eMCzeeS – służby ratunkowe) już czeka na dobry moment na wylot śmigłowca i reszcie grupy radzą schodzić na dół. Niestety dziś pogoda nie dopisuje, nie jest tak lotna jak wczoraj... Pakujemy się wszyscy w milczeniu i ruszamy w powrotną drogę.

Jak już wspominałam, zaplanowaliśmy zejście przełęczą Kent (43,0260140 42,9558640). Od naszej wejściowej przełęczy dzieli nas strome śnieżne podejście, więc bliższa przełęcz bardziej nam odpowiada – nie będziemy musieli podchodzić! Niestety po wejściu w żleb schodzący z przełęczy zaczyna się męka, której mogliśmy się spodziewać. Luźne kamienie uciekają, piach się sypie, śnieg ujeżdża, a rumosz pod żlebem jest bardzo niestabilny. Kaukaz! Niestety zejście wyprowadza nas do dolinki oddalonej o trzy grzbiety od naszego auta – będziemy musieli je jeszcze przetrawersować, a moje siły już się wyczerpują. Ach, ta energochłonna aklimatyzacja.

Zejście z przełęczy Kent
Zejście z przełęczy Kent

W końcu, załapując się w ostatnich chwilach dojścia na siarczystą ulewę, docieramy do samochodu. Całe szczęście cały nasz dobytek pozostał nienaruszony! Wypijamy zapas posiadanych soków, przebieramy buty na klapki i z ulgą jedziemy na dół. Nasze Tetnuldi się udało.

Tetnuldi jest bardzo dobrym turystycznym celem w Kaukazie góra jest naprawdę ładna, zadziwiająco śnieżna, widoki z niej są przepiękne, rozciągają się na najbardziej znamienite szczyty Kaukazu: Uszbę, Szcharę, Dych-Tau, Elbrus... Nie wymaga ani specjalnego sprzętu, ani wyjątkowych umiejętności – wystarczy doświadczenie w turystyce wysokogórskiej oraz sprzęt lodowcowy. My mieliśmy ze sobą trochę sprzętu do asekuracji, ale ostatecznie się nie przydał. Lodowiec jest tu gładki, widać tylko kilka większych szczelin, a mostki śnieżne które my zastalismy były bardzo stabilne. Odcinki skalno-śnieżne i śnieżna grań nie prezentują trudności technicznych, ale należy mieć wprawę w bezpiecznym poruszaniu się po grani. My na Tetnuldi zrobiliśmy aklimatyzację, którą wykorzystaliśmy później na Jandze. Z jednej strony góra nie jest trudna, więc to dobry cel aklimatyzacyjny. Z drugiej obóz na 3700 m n.p.m. jest bardzo niski, przez co aklimatyzujemy się tylko do trochę ponad czterech tysięcy, a wyjście na szczyt jest wyczerpujące. Jak dla mnie Tetnuldi okazało się dobrym, dość wymagającym kondycyjnie i oddechowo, celem na przekroczenie swoich pierwszych czterech tysięcy:)

Po powrocie do Mestii kierujemy się do siedziby służb ratunkowych, żeby "odmeldować" się z Tetnuldi i wymienić się informacjami o zespole ukraińskim. Niestety wieści są złe. Podczas schodzenia po grani jeden z meżczyzn musiał upaść, pociągając za sobą drugiego, co spowodowało parusetmetrowy upadek w stronę lodowca Khalde. Jeden z nich jakimś cudem przeżył, udało się go ewakuować śmigłowcem i przekazać do szpitala w Kutaisi. Drugi z nich nie miał tyle szczęścia. Grań Tetnuldi była jego ostatnim spacerem...